Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemyślenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemyślenia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 marca 2016

Wiosna, czyli lepiej


Kobiety podobno na wiosnę rozkwitają, pięknieją, kupują nowe ubrania i zmieniają fryzury. To pora roku, w której przyroda się odradza, wszystko nabiera kolorów; w ogóle jest super. Ja, jak zwykle, mam odwrotnie. Nie do końca, ale trochę. 

niedziela, 17 stycznia 2016

Czy rzeczywiście myślisz krytycznie?

Nie śpiąc w ciemnej nocy pomyślałam sobie, że w końcu napiszę notatkę na temat, który od dawna mnie dość mocno nurtuje. Wolność umysłu, krytyczność. W dobie Internetu. Ważna sprawa.



środa, 13 stycznia 2016

Sztuka wrażliwości

Są momenty, w których myślę, że kieruję się zupełnie inną logiką niż inni. Myślę: albo świat oszalał, albo ja. Trochę mi głupio myśleć, że to świat, bo przecież nie jestem jakaś przesadnie mądra, inteligentna i wyjątkowa. To chyba jednak kwestia refleksji i wrażliwości (bardzo rozwiniętej). Po co o tym piszę? Ze względu na sytuację z wczorajszych zajęć, związaną z pewnym filmem

sobota, 14 listopada 2015

Terroryści to terroryści


Wszyscy wiemy, co się stało. Francja, Paryż, sześć zsynchronizowanych zamachów, tragedia, mnóstwo ofiar śmiertelnych i mnóstwo rannych. Dowiedziałam się o tym dopiero dziś, wczesnym porankiem. Gdybym wiedziała wczoraj, pewnie miałabym noc z głowy. To rzecz, która się nie mieści w głowie, o której ma się wrażenie, że jest złym snem. Jest jeszcze jednak coś, co nie potrafi mi wyjść z głowy: komentarze internautów. 

sobota, 31 października 2015

Sprawdźmy co się stanie


Nie interesuję się za specjalnie historią eksperymentów naukowych: kiedy został przeprowadzony pierwszy, z jakiego powodu, na kim, itd. Wydaje mi się jednak, że został przeprowadzony na zwierzętach. Wpadł mi wczoraj w ręce film, który traktuje o chyba najsłynniejszym, milgramowskim. Tegoroczny film. Podeszłam do niego z rezerwą, bo uczyłam się na studiach o jego wynikach, wpływach. Niby oczywiste, a jednak nie. Nasunęło mi się przy okazji kilka refleksji.

niedziela, 26 lipca 2015

Poszła dziewczyna do fryzjera...

Mam blisko domu rodzinnego bardzo dobrego fryzjera. Zna się rzeczywiście na swoim fachu, co jest teraz dość rzadko spotykane, potrafi nożyczkami zrobić na głowie coś, co praktycznie samo się układa. Każda kobieta, która do niego przychodzi, czuję się na fotelu jak milion dolarów, a po wykonaniu usługi również tak wygląda. Cenię go właśnie za profesjonalizm; za to, że nie ściemnia, że coś umie i to robi, tylko robi coś, bo to potrafi. Tacy ludzie zawsze będą sobie dobrze radzić. Przynajmniej mam taką nadzieję (bardzo dużą).



poniedziałek, 20 lipca 2015

Deszcze na plecach, dźwięk w mózgu

Zamknięte oczy, głowa ruszająca się do rytmu, dreszcze przechodzące przez kręgosłup, objawiające się na obojczykach, usta powtarzające bezdźwięcznie tekst piosenki. Tak po mnie widać, że przeżywam muzykę. Jestem skupiona na dźwięku. Fakt, nieraz nie mam zamkniętych oczu, bo oglądam zrealizowany przez zespół / wokalistę / wokalistkę teledysk. Nie zdarza się to jednak tak często, jak bym sobie tego życzyła. Z mojej własnej winy.


sobota, 18 lipca 2015

Kto nie używa presupozycji, niech pierwszy rzuci kamień!

Świat jest złożony. Każdy ma do opowiedzenia swoją historię, każdy coś przeżył, każdy ma bogate życie. Czasem tylko nie potrafi tego zauważyć, wyłuskać z codzienności tych chwil, które są inspirujące i bogate w zajawki myślowe.

Dlaczego o tym piszę?

Na pewnej grupie pojawił się temat dyskusji istniejący zupełnie poza głównym nurtem i celem grupy; ktoś zacytował Mateusza Grzesiaka, wyśmiewając jego wypowiedź. Jakoś mnie to uderzyło, bo zawsze doszukiwanie się dziury w całym mnie uderza. On jedynie wyraził swoją opinię na temat tego, jak wielu niepotrzebnych rzeczy uczymy się w szkole (podstawowej / gimnazjum / liceum), a przypisuje mu się całkowite negowanie dorobku naukowego ludzkości. Grzesiak chciał, moim zdaniem, jedynie zobrazować to, o co mu chodzi, za pomocą jaskrawego przykładu. Spotkał się z zarzutami ze strony jego przeciwników. 


piątek, 17 lipca 2015

Stop dopalaczom w GIS

Pierwsza rzecz, która spotkała mnie dzisiejszego poranka, dosłownie zwaliła mnie z nóg. Znajoma zalinkowała na Facebooku spot kampanii społecznej Głównego Inspektoratu Sanitarnego. Ma ona przestrzegać młodych ludzi przed dopalaczami. 

W zasadzie wzburzył mnie przede wszystkim spot, ale gdy przescrollowałam resztę fanpage'a,  to zwątpiłam jeszcze bardziej. Oto grafika kampanii:

Źródło: GIS.

Czy to jest naprawdę grafika, na którą wydano publiczne pieniądze? Czy jej autor nie wstydzi się po prostu swojej pracy? Bo, osobiście, mnie byłoby wstyd. Nie wiem, czy cokolwiek ma w niej sens. Począwszy od fontu, przez kolory przechodząc, na treści skończywszy. Znajduję dla niej jedno zastosowanie: antyprzykład na studia.

piątek, 10 lipca 2015

Filozofia na roślinach

Na początku tego tygodnia wybuchła afera, która zatrzęsła częścią wegańskiej społeczności w Internecie. Fitnesska na roślinach zaprzestała stosowania diety wegańskiej. Więcej: nie poinformowała swoich czytelników o tym fakcie; skrzętnie ukryła tę informację w czeluściach swojego fanpage'a. Jak wiadomo, w social mediach istotna jest transparentność, więc zainteresowani od razu zareagowali. Trzeba nadmienić, że ta dziewczyna swą popularność zdobyła w dużej mierze dzięki weganizmowi, który promowała. Brała udział w biegu poświęconemu tej idei, nosiła odzież, która zachęcała do takiego stylu odżywiania. Można uznać, że była weganką pełną gębą.

Jak się wydało, nie było to wszystko takie proste. Weganizm był dla niej głównie eksperymentem, dietą, która miała dać jej zdrowie. To stoi w sprzeczności z tym, jak postrzega weganizm większość zaangażowanych w sprawę osób. Kwestie etyczne są tutaj bardzo istotne. Nie chcę tutaj roztrząsać tej sprawy na drobne kawałki, bo to zrobiła w pięknym stylu Dobrusia.

Tak sobie myślę, w związku z tym, że jeśli ktoś nie jest przekonany do tego, że jedzenie mięsa (i produktów odzwierzęcych) jest nieetyczne, to czy prędzej czy później wróci do diety mięsnej. Tutaj potrzebna jest jednak spora dawka współczucia na wyższym poziomie, by samemu dojść do takich wniosków. Myślę, że dopiero przy tak silnych podstawach moralnych powrót do spożywania mięsa jest niemożliwy.

Jestem w trakcie lektury "Wyzwolenia zwierząt" autorstwa Petera Singera. Gdy skończę, na pewno powiem Wam czy nie powinniście po nią sięgnąć, by trochę rozbudzić w sobie filozofa i zastanowić się nad tym, co jest często zwykłą rutyną.

środa, 24 czerwca 2015

Berlin, Berlin


Pozwolę sobie zacytować samą siebie sprzed kilku dni:
Jak tak człowiek sobie pojeździ po świecie, porozmawia z ludźmi, porówna fakty, to się zastanawia: jak ta Polska funkcjonuje, jakim cudem to działa i co go w niej jeszcze trzyma.
Berlin jest miastem pięknym. To stolica, ale bardzo skromna moim zdaniem. Nie jest to miasto wyniosłe. Może to wynika z historii, może wynika z architektury, może tak nie jest, a ja jedynie je tak odbieram – nie mam pojęcia. Chyba dużo zmienia fakt, że jest bardzo rozległe, nie ma ścisłego centrum, wszędzie jest coś ciekawego do obejrzenia... I te wieżowce nie są takie nachalne. Miasto przyjazne. Kolorowe. Bardzo multikulturowe, ale w subtelny sposób.

Uderza mnie jednak coś innego.

Wiem, że na to składa się bardzo wiele czynników, ale kiedy dowiedziałam się, że osoba pracująca w sklepie odzieżowym przy przebieralni i zarabia 10 euro na godzinę (a nie jest to wyjątek), co w przeliczeniu na złotówki daje 40 zł, to nogi się pode mną ugięły. Tak, wszystko jest tam droższe, życie, nie ma ulg studenckich, są wysokie podatki. Ale jednak w knajpie zje się za 4 euro porządnego, wegańskiego burgera, co nie stanowi nawet połowy godzinnej stawki. U nas trzeba kilka godzin pracować, by móc sobie na coś takiego pozwolić. 

Tam, gdzie nas nie ma, trawa jest bardziej zielona. To też wiem.

Tutaj jednak nie chodzi o zieleń trawy, a godne życie. Nie będę przytaczać innych faktów, o których się dowiedziałam, bo – bądź co bądź – to były fragmenty prywatnej rozmowy. Niemniej jednak, różnice są ogromne. Jakość życia, klimat życia, często małe niuanse, ale decydujące o całokształcie tego, jak się gdzieś mieszka. 

Nie wiem, co do końca o tym myśleć, bo wiem, że takiego przeskoku nie da się zrobić w rok ani w pięć lat. Tu potrzebna jest zmiana mentalności. Myślę, że jest ona możliwa. Tylko trzeba pracy u podstaw. Nie jestem pewna tego, czy Polacy jeszcze to potrafią.

czwartek, 1 stycznia 2015

2015

Nadszedł kolejny rok. Pierwszy jego dzień, jak zawsze, spędzam przy Topie Wszech Czasów radiowej Trójki. To jest taki swoisty rytuał, pozwalający na oderwanie się od codzienności, na zresetowanie umysłu przy pomocy znanej i kojącej muzyki. Czasem się złoszczę, że utwór, na który oddałam głos, nie znalazł się na należytym miejscu (albo w ogóle nie wszedł do setki), czasem cieszę, że któraś piosenka wspięła się wyżej. Miłe, niezobowiązujące przeżycie muzyczne.

Zawsze mi też przypomina o tym, jak ważna jest muzyka w moim życiu. Czasami, niesłusznie, ją zaniedbuję, wyręczając się radiem (choć u nas w mieszkaniu słychać głównie RMF Classic, co chyba karygodne nie jest). Jednym z moich postanowień na ten rok jest odczarowanie poznawania muzyki. 

Przy okazji chcę Wam życzyć przekraczania własnych granic w tym roku. To chyba ważne. 

piątek, 10 października 2014

Gdańsk, czyli nowe okoliczności

Pod koniec września przeprowadziłam się. Mieszkam teraz w Gdańsku. Wiążę się to z tym, że zaczęłam nowe studia. Mam nadzieję, że wpłyną na mnie bardzo pozytywnie. Na mnie i na mój warsztat... Na razie mam na nich dużo pracy, ale myślę, że szybko się wdrożę, a tu będą się pojawiać nowe rzeczy. 

Gdańsk... Gdańsk jest pięknym miastem. Architektura tego miejsca mnie zadziwia. Jest zarazem różnorodna i spójna. Niesie ze sobą spokój. Nie ma tutaj tego przepychu zachodniego miasta. Zachowało ono swoisty klimat, który dobrze wpływa na człowieka. Bo tak, ludzie też są tutaj łagodniejsi. Takie mam wrażenie. 

Największym atutem tego miasta jest morze. Morze, które rozumie i słucha.


Takie zdjęcia można zrobić, kiedy się wyjdzie na niedzielny spacer.  A ja mewy uwielbiam. :-)


wtorek, 23 września 2014

Gdzie współczucie?

Wczoraj wieczorem nadano odcinek popularnego programu Top Model. Oglądam te odcinki z zaciekawieniem towarzyszącym oglądaniu filmu przyrodniczego. I rzeczywiście, miałam wczoraj okazję do obserwacji zachowania ludzi wobec krzywdy zwierząt. Mianowicie, była sesja zdjęciowa z martwymi zwierzętami, tzn. z wnętrznościami - mówiąc wprost: z tym, co większość ludzi spożywa na obiad. Wszystko odbywało się chyba w jakiejś chłodni. Modele i modelki byli "ubrani" w części ciała zwierząt. Cała akcja miała zwrócić uwagę na krzywdę, którą my, ludzie, wyrządzamy tym niewinnym istotom.

To może nieadekwatne, ale mnie trochę bawiły (i przerażały jednocześnie) reakcje modeli i modelek. Niby nic nowego, jak się można domyśleć, był płacz, łzy, oraz... Obrzydzenie. W kilku przypadkach hipokryzja w czystym wydaniu, czyli: "ojej, jestem taka wrażliwa / wrażliwy, nie lubię patrzeć na krzywdę zwierząt, a tak naprawdę na talerzu uwielbiam mieć hamburgera czy mielonego, ale żadnego związku między jednym a drugim nie widzę". To tak naprawdę bardzo przykre, bo niby taki człowiek ma jakiś zalążek współczucia w sobie, ale z drugiej strony nie jest w stanie zrezygnować z jedzenia mięsa ze względu na dobro innych istot. W zasadzie dlaczego nie może? Dla własnego komfortu, dla wygody, bo uważa się, że tak jest łatwiej, bo uważa się, że tak jest taniej (co wcale nie jest prawdą).

Zresztą, niejedzenie mięsa to nie wszystko. Wydaje mi się, że rzeczywista empatia i współczucie dla zwierząt objawiają się raczej w odstawieniu wszystkich produktów odzwierzęcych. Mięso mięsem, oczywiście, to największa krzywda, ale przecież produkty odzwierzęce (typu masło, mleko, jaja) tak naprawdę też generują nieszczęście zwierząt. Kury trzymane w skandalicznych warunkach głównie dla jaj, mleko pozyskiwane od krów, które to mleko przecież jest dla cielaka (zresztą, teraz chyba już wiadomo, że mleko jest niezdrowe i to mit, że wzmacnia kości?). W ogóle przemysł mleczarski jest ogromny, przynosi kosmiczne zyski (te wszystkie jogurty fit, serki). To wszystko dzieje się kosztem zwierząt. I tak naprawdę też kosztem ludzi, bo jeśli przyjrzeć się etykietom, to poznaje się oczywistą, ale i okrutną prawdę - im bardziej pokarm bardziej przetworzony, tym zawiera więcej konserwantów, jest ciężkostrawny, niekorzystny również dla nas.

Często słyszy się słowa: "weganizm to fanaberia", "jedz to, co masz, a nie wydziwiasz". Kiedy człowiek uświadomi sobie kilka prostych prawd; faktów o rzeczywistości, to zrozumie, że jest zupełnie odwrotnie. Wręcz przeciwnie jest. To jedzenie mięsa i produktów pochodzących od zwierząt można nazwać fanaberią, a nawet absurdem. Świat i duża część zasady jego funkcjonowania została oparta na, jeśli nazywać rzeczy po imieniu, oszustwie. To nic nowego, że - jak w znanym powiedzeniu - kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą. Dużo zmienia w człowieku uświadomienie sobie tego, że jest oszukiwany cały czas przez szeroko pojęty świat. Przez całą gospodarkę i ekonomikę, która w rzeczywistości mogłaby funkcjonować inaczej. Świat mógłby być lepszym miejscem. W imię czego nie jest? W imię wygody, ogromnego biznesu (całej ogromnej sieci powiązań na najwyższym szczeblu), chciwości i lenistwa. Kiedy się już pozna więcej szczegółów, to naprawdę staje się niezrozumiałym, dlaczego to, o czym wspomniałam wyżej, jest ważniejsze od życia.

A jeśli ktoś uważa, że takie podejście jest raczej egoistyczne, że chodzi tylko o własne zdrowie, że to coś zahaczającego o ortoreksję, to powiem jedno - na diecie wegańskiej też można jeść niezdrowo. Jest cała gama zapychającego żarcia, pizze, frytki, zapiekanki, alkohole, papierosy nawet. Tu chodzi przede wszystkim o dobro zwierząt.

Jeden chłopak we wspominanym przeze mnie wcześniej odcinku Top Model wypowiedział się w zatrważający sposób; stwierdził, na przykładzie świni, że zwierzęta żyją po to, żeby je jeść. To nawet brzmi kuriozalnie. Staram się być ostatnio niewzruszona na takie teksty, bo a) karma wróci, b) szkoda moich nerwów, szkoda mojej karmy, ale w duchu zripostowałam chłoptasiowi, że w takim razie po co żyje człowiek? Żeby umrzeć? Nie wiem, jak to możliwe, że w XXI wieku tak wielu ludzi nie potrafi przejawiać choćby szacunku do zwierząt. Większość tych modelek, które tak rozpaczały, kierowały się raczej tym, że to jest dla nich obleśne; to zimno, ten dotyk. Nie chodziło o to, że to zwierze już nie żyje, chodziło o to, że to dla panienek niewygodne, okropne. Bardzo mnie to przeraziło. Pomijam, że sam pomysł na sesję wydał mi się nietrafiony, bo myślałam, że choć trochę wrażliwości obudzi w tych ludziach. Tymczasem nic bardziej mylnego...

Mam nadzieję, że kiedyś ludzie zrozumieją, że czyniąc tak, robią krzywdę przede wszystkim sobie. Ale musi minąć trochę czasu, widocznie. 

poniedziałek, 8 września 2014

Przerwa przerwą, ale karawana jedzie dalej

Prowadzenie bloga zawsze było dla mnie sprawą problematyczną, bowiem zakłada to systematyczność. Nie potrafię tego utrzymać, bo moje życie się zmienia, bo nie zawsze mam coś do powiedzenia, a uważam, że jeśli nie ma się nic do powiedzenia, to nie należy tego robić, albo się nie powinno. 

Niedługo w moim życiu zajdzie kilka zmian, nowe studia, nowe miasto, nowe mieszkanie. To wszystko wymaga przygotowań. Dużo mojej uwagi zjadło poszukiwanie miejsca do życia, później inne trudności życiowe się pojawiły. Teraz wszystko powinno się prostować, bo jestem dość zmotywowana, by osiągnąć jeszcze więcej wewnętrznej równowagi i spójności.

Może to nie będzie stricte książkowy blog, ale coś tu będzie. Linki, które mnie zainspirowały, jakieś przemyślenia, wrażenia z życia. Może nie będzie to wszystko pojawiać się z wybitną regularnością, ale będzie.

Jeśli ktoś tu będzie zaglądał, czytał, doceniał to, co robię, to będzie mi bardzo miło.

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Są sprawy, których nie umiem przeboleć

Poranny przegląd prasy przypomniał mi o sprawie, o której nie umiem nie napisać, bo nigdy nie zrozumiem, po prostu nie. O jaką sprawę chodzi?


Pozwolę sobie przytoczyć fragment:

Szymon Ziobrowski, dyrektor Tatrzańskiego Parku Narodowego przyznaje, że wciąż rozważane są różne możliwości usprawnienia dowozu turystów do Morskiego Oka. - Może trzeba będzie nawet zwiększyć liczbę wozów, bo być może ten napór turystów, żeby się przejechać, jest taki, że wozacy za szybko jeżdżą tymi wozami - wyjaśnia.
Na drodze do Morskiego Oka pracuje około 300 koni. Jeden wóz może zabrać maksymalnie 12 turystów.
Wspaniale, chcą usprawniać. Chcą zwiększyć liczbę wozów. Więcej koni, mniejsze nadużycia. Ale mam o wiele lepszy pomysł. Znacznie lepszy, który zlikwiduje wszelkie problemy dotyczące dorożek konnych. Po prostu zlikwidować instytucję dorożek. 

Nie rozumiem kompletnie. Człowiek przyjeżdża w góry po to, żeby obcować z naturą, czyż nie? Inaczej mógłby wyjechać w każde inne miejsce świata. Wchodzić na nie. I co, w tym celu potrzebuje konia? Czy już ludzkość jest aż tak leniwa, że nie jest w stanie własnego tyłka na własnych nogach dostarczyć na dany szczyt? Ktoś powie, że za wysoko. Więc proszę, są też góry niższe. Nie widzę problemu.

Wiem, wiem, to wszystko wygląda zupełnie odwrotnie. W góry jeździ się nie po to, by tam odpocząć aktywnie, tylko żeby - najpewniej - polansować się przed znajomymi. Nie mam nic do ludzi, którzy lubią jakieś górskie miasto, mają do niego sentyment, jeśli po prostu korzystają z gór we właściwy sposób. 

Zresztą, Zakopane to dla mnie jakaś karykatura gór. Jeśli chcę odpocząć w górach, to wybieram Wisłę, Szczyrk. Również popularne miejsca, ale nie aż tak, nie ma tam takich tłumów. I wyjechać tak we wrześniu. Ideał.

Ale nie o tym chciałam. Zastanawiam się po prostu, ile jeszcze koni musi zginąć, żeby człowiek zrozumiał, że zwierzęta nie żyją dla niego, że one nie są służącymi wielkiego pana tylko dlatego, że nie mówią. I nie mają jak zastrajkować. 

czwartek, 31 lipca 2014

44

Powstanie warszawskie to chyba najbardziej spopularyzowane współcześnie wydarzenie historycznie. Rokrocznie 1 sierpnia cała Polska przystaje, przynajmniej o godzinie 17.00. Znane wszystkim są zdjęcia z zatopionej w minutowej zadumie Warszawy, syreny wyją w całym kraju. Zastanawia mnie jednak wciąż jedna rzecz. Czy to ekstremalnie współczesne wydanie martyrologii ma sens? Czy to zmierza w jakimś konkretnym kierunku? Te pytania, jak mi się wydaje, stają się jeszcze bardziej aktualne w obliczu trwającego konfliktu na Ukrainie.

Cała popularyzacja, jak to się mówi, wiedzy historycznej o Powstaniu 44 zaczęła się wraz z otwarciem Muzeum Powstania Warszawskiego, a nawet z jego budową. Zresztą, powstanie (nomen omen) Muzeum było wydarzeniem bardzo sprawnie przebiegającym, prace budowlane się nie przeciągały, znalazły się fundusze, co świadczy tylko o tym, jakie miejsce Powstanie zajmuje w głowach polityków i społeczeństwa (z naciskiem na polityków). W MPW byłam, jakoś rok lub dwa po otwarciu. Przebywałam akurat w Warszawie, znajomy mojej Mamy zaproponował nam wypad do tego miejsca. Pamiętam, że ogrom tego budynku, tego terenu, zrobił na mnie duże wrażenie. Fakt, muzeum jest bardzo multimedialne, nowoczesne, wydaje się mieć potencjał, by zainteresować młodych ludzi. 

Bo chyba o to im chodziło, tym wszystkim historykom, osobom zaangażowanym w historię Powstania, samym Powstańcom - o to chodziło na początku. O pamięć. O to, żeby młodemu pokoleniu mówiła coś data 1 sierpnia 1944. Może ktoś w Internecie poszuka informacji na temat przebiegu tego zrywu.  Nie wchodzę tutaj już w polemikę dotyczącą słuszności samego wydarzenia, opinie są różne, pewnie nie ma jednej odpowiedzi. Zastanawia mnie jedynie kierunek działań promujących... właściwie co promujących? Powstanie? To nawet głupio brzmi. Powinno się promować pamięć. 

Tegoroczna oferta promocyjna wykracza jednak poza granice mojej wyobraźni.

Przeglądając Internet w poszukiwaniu informacji o Powstaniu można natknąć się na reklamy powstańczych gadżetów. Jest coś dla nastolatek. Bawełniana torba, inspirowana - oczywiście - książką o PW. 
http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,5149,Dziewczyny-z-Powstania-torba-bawelniana


Opis równie interesujący, co idea torby; opis mówiący o duchu powstania. Gadżet dla fanów (sic!) Powstania warszawskiego. Największy śmiech jednak budzą słowa o odwołaniu do toreb sanitarnych, jakimi posługiwano się w czasie zrywu. Rzeczywiście, już to widzę. Zwłaszcza ten nadruk. I logo wydawnictwa (przepraszam, musiałam).

Drugim gadżetem, tym razem bardziej modowym, jest powstańczy t-shirt.

Uwaga, edycja limitowana, jak informuje producent. Bodaj w komplecie, albo przy dopłacie, opaska powstańcza. Motyw bluzki mówi sam za siebie. Widoczny ślad po kuli. I kolor też zainspirowany motywem walki, taki wojenny, taki khaki.

Jest chyba jednak coś, co przekroczyło według mnie jakieś granice zdrowego rozsądku. Koszulka - rozumiem, można założyć, nosić, pamiętamy, nie zapominamy. To samo z tą torbą, może jednak jakaś nastolatka przeczyta książkę, którą się zainspirowano przy tworzeniu tego, co nosi na ramieniu. 

Ale co zrobić z hełmem? Strona sklepu informuje uprzejmie, że replika hełmu powstańczego, poza niewątpliwym powiązaniem z wydarzeniami historycznymi może także pełnić funkcję atrakcyjnej zabawki, pamiątki lub prezentu. Kup powstańczy hełm dla swojego dziecka, niech uczy się patriotyzmu od małego, niech zabierze go do piaskownicy, będzie się bawiło bezpiecznie. Czekamy na mały karabin.

Są jeszcze klocki-barykada, gra mali powstańcy i pewnie jeszcze cała fura gadżetów. Słyszałam też o promującym zryw sushi, o wejściu do kanałów w ramach nagrody za wygraną w konkursie. 

Czy to jest jeszcze promowanie pamięci? Wydaje mi się, że tutaj coś nie gra. Przecież to tak naprawdę była tragedia, w której zginęło mnóstwo ludzi; coś, co nie powinno się powtórzyć. Tuż obok nas, na Ukrainie, dzieje się coś strasznego, wszyscy wzywają do zakończenia walk, a tutaj, u nas, w Polsce, młodzi chłopcy bawią się w małych powstańców, w rezultacie w wojnę. Zawsze mnie to przerażało; te zabawy w wojnę.

Czy naprawdę trzeba gadżetów, by pamiętać o tym, że ktoś próbował wywalczyć sobie wolność? A może to jest ta wolność, że można sobie produkować takie rzeczy, komercjalizować wszystko? Tylko czy to jeszcze wolność?

czwartek, 19 czerwca 2014

O fotografiach

Wydaje mi się, że zaczęło się już, kiedy ludzie zaczęli malować. Malarstwo ma chyba równie długą historię, co dzieje człowieka (wystarczy pomyśleć o malowidłach w Lascaux). Dokumentacja chwil, momentów. Pokazanie historii, momentu, by została zobaczona przez innych. By ją zapamiętać, poczuć do głębi. Móc przywołać w dowolnym momencie. Lub by podziwiać. To pragnienie było w człowieku tak silne, że wynalazł maszynę, która będzie uwieczniać chwile teraz, zaraz, natychmiast. Realizacja danego odwzorowania rzeczywistości trochę trwała, lecz sam moment był już możliwy do złapania z całą swoją niepowtarzalnością. Na początku królowały odcienie szarości, lecz to też nie wystarczyło - kolorowe zdjęcia były kwestią czasu. Kolorowe, bo przecież rzeczywistość jest kolorowa (nawet jeśli szara w swej treści). Zapamiętać moment. To jest chyba esencja zdjęć. 

Ostatnio doceniłam wartość tego sposobu oddawania emocji. Zabawne, to zdanie, które napisałam przed chwilą jest nieprawdziwe. Od zawsze lubiłam zdjęcia przecież. Nie siebie na nich, ale robić. Mój telefon jest pełen tych małych, niespełna dwumegabajtowych mikrozapisów chwil. Przechodzę miastem i widzę coś ciekawego. Mam nową herbatę, trzeba to uwiecznić. Dobre jedzenie na obiad, zdjęcie po chwili zrobione. Przyjemna sytuacja życiowa, wyciągam telefon i zapisuję. Ładnie śpiący kot, niemożliwe do przegapienia. Tak, mnie to nie ominęło. Ta mania uwieczniania. Zastanawiam się zatem, czemu napisałam to zdanie w tym akapicie. Chyba chodziło mi o to, że ostatnio doceniłam to, że to, że robię te zdjęcia, ma jakąś wartość. Nawet wartość ogromną. Obiektywnie może nie. Może moje zdjęcia technicznie pozostawiają wiele do życzenia, być może są źle wykonane, są słabej jakości (nawet gdy mówię o zdjęciach zrobionych naszym aparatem, a on jest niczego sobie). Może mam gust nie z tego świata, zbyt ciemne dla fotografa to dla mnie za jasne (wstaw cokolwiek).

Wartość ma to, że uwieczniam to wszystko. Wartość ma to, że sprawia mi do dużo radości. To chyba jakaś pierwotna realizacja. To są pierwotne potrzeby człowieka. Zatrzymywania chwil. Nie wiem, być może to kwestia pragnienia zatrzymania czasu w miejscu; wszyscy boją się starości, jak się wydaje. Być może to sposób na odnalezienie szczęśliwych chwil w zgiełku życia. To nie ma znaczenia. Ważne jest, że te chwile są. Że jest moment, który warto sfotografować. Nie ważne, czy to wizyta gości czy parzenie herbaty. My nadajemy momentom wyjątkowość. Chyba też przez te zdjęcia. 

Słowa są też dobrym sposobem na zachowanie wspomnień. Jednak człowiek myśli obrazami. Nie da się tego ukryć. Przecież gdy czyta, też patrzy. Nie pamiętam, jakie to były badania, ale człowiek bardziej boi się utraty wzroku niż utraty słuchu (w zasadzie to oczywiste, trudno funkcjonować niewidomym, choć mam wrażenie, że i oni tworzą swój świat w obrazach, tylko że w swojej widomej wyobraźni). Obrazy to inny rodzaj pamięci. Wszechogarniający. Patrząc na zdjęcie, człowiek pamięta też zapach. Słowom trudniej wywołać zapach (pisząc te słowa, czuję jedynie zapach komputera, który chyba od moich myśli się poci). Obraz przywołuje stop-klatkę z danej sytuacji. Uruchamia wyobraźnie w stopniu najwyższym z możliwych. I zdjęcia są dla każdego, pisać nie każdy potrafi tak, by dobrze opisać to, co chce, żeby to dało mu satysfakcję. Teraz myślę, że to naprawdę cudowne, że wynaleziono aparat. I że są aparaty w telefonach komórkowych.

Chcę robić dużo zdjęć, pomyślałam dziś, spacerując po domu i uwieczniając najbardziej banalne sytuacje. Pomyślałam, że to niesamowite, że mogę wziąć aparat i zrobić zdjęcie.  

Chcę każdy dzień tak pamiętać. By za 40 lat móc otworzyć miejsce ze zdjęciami, oglądać je i pamiętać.